Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2012

DJ Odtwarzacz

Ostatnio byłem w klubie z przyjaciółmi. Z grzeczności i szacunku dla tegoż klubu nie napisze jak się nazywa. Powiem tylko, że to szczeciński klub, popularny a jego nazwę wymyślił Gepetto (ot ciekawostka!). Byłem już pijany, a jak jestem pijany to w pierwszej fazie staję się wrażliwy. Czasami wrażliwość zostaje zastąpiona agresją a niekiedy włącza się mędrzec. Różnie. Tym razem zadziałała nadmierna wrażliwość z domieszką agresji. Moja nadmierna wrażliwość dotyczy zazwyczaj tego co wydobywa się z głośników. Raz zostałem usunięty z lokalu gdy wdałem się w dyskusję z „djem”, który puszczał numery „na zamówienie”. Można było mu dać kasę, on wówczas działał jak odtwarzacz mp3. Próbowałem mu w jakiś sposób wyjaśnić, że źle robi, że gdyby ktoś chciał muzykę na zamówienie, to postawiłby w tym miejscu szafę grającą. Moje argumenty nie docierały do niego i chyba go złapałem za ramię w geście pojednania oczywiście, wówczas pan ochroniarz wskazał mi drzwi...

czwartek, 29 września 2011

iTunes Polska

Wczoraj (nieoficjalnie jeszcze) Apple uruchomił platformę iTunes w Polsce. Wielu posiadaczy urządzeń z nadgryzionym jabłkiem w logo, zapewne bardzo to ucieszyło. Uruchomienie tego sklepu w polskiej wersji jest równoznaczne z otworzeniem bramki do setek milionów (!) legalnych plików muzycznych oraz wielu seriali, filmów pełnometrażowych, teledysków oraz audiobook’ów. 


Możliwe będzie oczywiście kupowanie całych albumów jak i pojedynczych tracków. Przyznam nigdy nie korzystałem z iTunes’a, nie posiadam żadnego urządzenia ze stajni Apple, ale uruchomienie owej platformy w naszym kraju bardzo mnie cieszy, ponieważ wiele osób będzie miało dostęp do legalnej muzyki; tym bardziej, że iTunes jest potentatem w tej branży. Sprzedali już około 15 miliardów (!!!) plików muzycznych na całym świecie. 

poniedziałek, 18 października 2010

To był koncert! Poluzjanci w Szczecinie.

W sobotę w szczecińskim klubie „Patio” odbył się koncert zespołu Poluzjanci. Panowie ostatni koncert zagrali w Szczecinie pięć lat temu, jak tym razem wypadli? Nie wiem, nie byłem na ich występie przed pięcioma laty. Mogę tylko napisać jak było tym razem...

Impreza była zapowiadana na godzinę 21:00, obstawiałem, że koncert rozpocznie się około godziny 22:00; jednak muzycy pojawili się na scenie dopiero po godzinie 23… Już przed 9PM ludzie tłumnie szturmowali front klubu z obawy o brak miejsc. Klub jest dość mały – obawy jak najbardziej uzasadnione; mimo to chyba wszyscy fani żądni muzyki Poluzjantów mogli uczestniczyć w koncercie. Miejsca nie zabrakło aczkolwiek było dość ciasno.

niedziela, 26 września 2010

Poluzjanci w Szczecinie!

Szykuje się nie lada gradka dla fanów dobrej, „smacznej” muzyki. Otóż już 16.10 br. w Szczecinie zagra zespół składający się z najlepszych sesyjnych muzyków w tym kraju! Domyślacie się o kogo chodzi? Mowa oczywiście o zespole Poluzjanci, którego twarzą jest pan Kuba Badach. Tak, tak to potwierdzona informacja, już 16.10 w szczecińskim klubie Patio (ul. Podgórna 63) zagra ów zespół. Impreza rozpocznie się około godziny 21:00, wstęp: 25zł. Z tego co udało mi się dowiedzieć, bilety można nabyć w klubie w dniu koncertu, nic nie wiadomo o jakiejkolwiek przedsprzedaży.
Zachęcam wszystkich do przybycia tego dnia do klubu Patio, tym bardziej, że Poluzjanci powrócili w tym roku z nowym fenomenalnym albumem o jakże banalnym tytule – „Druga płyta”. Jeżeli ktoś nie zna zespołu, to będzie to fantastyczna okazja do jego poznania. Poznania od najlepszej strony, bo koncerty to ponoć najmocniejsza strona panów Poluzjantów. Cóż, zobaczymy!

Warto również dodać iż w najbliższy piątek (także w klubie Patio) odbędą się „Trzecie Urodziny Środka Miasta”, zagrają DJ Koval (prowadzący audycję Winylowe na falach radia „Szczecin FM”) oraz Snack (znany z prowadzenia wielu świetnych imprez w klubie CityHall). Więcej szczegółów na plakacie. Dzieje się, nie może was tam zabraknąć!

niedziela, 12 września 2010

Festiwal w Opolu, "Płyta Hip-Hop" - czyli elo Opole!


Trwa 47. Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej, festiwal który wśród Polaków cieszy się niebywałym zainteresowaniem i sympatią. Jego prestiż był wypracowywany przez wiele, lat; nie dziwi więc fakt z jaką pompą jest on zawsze organizowany. Wczoraj odbyło się wręczanie tzw. „Superjedynek” -  nagród przyznawanych przez publiczność drogą głosowania, nagród wprowadzonych bodajże w roku 2000. Jakie gusta Polaków są, to słychać; jednak taki jest charakter tego festiwalu, przez lata (niestety) poziom prezentowanej tam muzyki nieco obniżył loty. Jednak nie to będzie tematem moich wywodów, o gustach się nie dyskutuje, choć w sumie o gustach pisałem.

Nigdy nie interesowała mnie zbytnio ów impreza bo cytując klasyka: „Polska muzyka rozrywkowa mogłaby nie istnieć”. Jednak wczoraj zrobiłem wyjątek ze względu na kategorię „Płyta Hip-hop” (swoją drogą powinno być „Płyta Rap”). Sam nie wiem czy interesowało mnie bardziej kto z nominowanych wygra (Eldo vs Tede, trochę Giżycko II), czy jak zareaguje publika, jak prowadzący potraktują „hip-hopowców”.

Cóż, wygrał Tede, ja liczyłem na Eldokę; jednak patrząc obiektywnie Jacek wypadł lepiej mając wsparcie „żywych” instrumentów. W pierwszej chwili byłem przekonany, że pani wręczająca nagrodę po słowach o „wadze słów” wskaże na Eldo - w końcu to nasz rapowy Mickiewicz! Wygrał Tede, zrobił lepsze wrażenie, ja albumu „Note2” nie znam na tyle dobrze, więc się nie wypowiadam.

Do czego zmierzam? Do tego co się działo podczas zapowiedzi raperów i chwilę przed wręczeniem nagrody. Hitem było wspomnienie „hip-hopowców” którzy już wygrywali w Opolu. Między innymi „Mezo” czy „Verba”; śmiech na backstage – bezcenny. Kto się śmiał? Stawiam na Mesa albo Tedego.

Będąc przy Mesie - występ 2Cztery7 a dokładnie Pjusa - bo to o niego chodziło, był – delikatnie mówiąc – do dupy. Z całym szacunkiem dla Karola, który ma liczne problemy zdrowotne i wczoraj w lekkiej niedyspozycji było jego gardło – nie powinien wystąpić. To co pokazał nie brzmiało. Chłopaki z zespołu ratowali jego występ refrenem.

Wracając do festiwalu, hip-hopowców potraktowano znów po macoszemu z jednej strony nie dziwię się – taki wizerunek mają, luźnych gości w jeszcze luźniejszych spodniach. Jednak babka wchodząca na scenę (poważna prezenterka), witająca się ze wszystkimi słowami „elo, joł” – jest lekki policzkiem, (uśmiechy na twarzach raperów mówiły „więcej niż tysiąc słów”). W moim twierdzeniu, że raperów mają za głupków – zazwyczaj; utwierdził fakt, że Drumz z Eldoką mieli jakieś 3 minuty próby! Wynikało to z opóźnień organizacyjnych festiwalu, ale wszyscy powinni mieć tyle czasu ile potrzebują (jak zabierać czas to wszystkim). Podobnej sytuacji doświadczyłem niedawno sam podczas festiwalu ku pamięci Grzegorza Ciechowskiego na którym graliśmy z Ace’m i Bertem. Zamiast przepisowych 20 minut dali nam niecałe 8 na dwa numery. Ależ byłem wpieniony bo próba wyszła jak wyszła. Ta sama sytuacja: „aaa to przygłupi hip-hopowcy, przecież to nawet nie muzyka, po co im próby” – ja tak to odczułem.

Czekając na wyżej opisaną kategorię muzyczną przypadkowo obejrzałem całą wczorajszą imprezę i prawda jest taka, że - nic nowego nie usłyszałem, miałem wrażenie, że grali jakieś stare numery a to po prostu tracki którymi normalny człowiek rzyga, bo są przewijane w stacjach radiowych 100 razy dziennie.

Chcę zwrócić także uwagę na pana o pseudonimie „Czesław Śpiewa”, był nominowany w kategorii „Płyta Pop”- co też jest nierozumieniem; organizatorzy sugerowali się chyba tytułem jego ostatniego albumu. Czesław nie miał szans na zwycięstwo z Chylińską, która była w swojej kategorii a Czesław swoim występem wykraczał daleko poza ramy szeroko rozumianej muzyki Pop. To tak jak z tymi „hip-hopowcami” z poprzednich edycji opolskiego festiwalu - nominowani w nie swojej kategorii. Mimo to pan Czesław zrobił na mnie piorunujące wrażenie, jednak to co pokazał nie mogło wygrać na tego typu festiwalu.

Reasumując, Festiwal w Opolu mimo jego licznych wad jest potrzebny; jest już trochę w nas zakorzeniony; jednak poziom muzyki jaka jest prezentowana z roku na rok gwałtownie spada. Mam wrażenie, że organizatorzy nie wysilają się a jedynym wyznacznikiem są puste stacje radiowe. Choć obecność Eldoki w tym roku była miłym zaskoczeniem, może coś się zmieni?



Numer który zaprezentował Eldo podczas Festiwalu.


UPDATE: Pod tym linkiem znajdziecie wywiad z Tede przeprowadzony chwilę przed występem w Opolu, warto się z nim zapoznać, rozmawiał Tomasz Siemek.

piątek, 23 lipca 2010

"Kwestia gustu" - czyli czym jest gust muzyczny?

Na wstępie chciałbym zaznaczyć iż poniższy tekst jest oparty o moje osobiste doświadczenia i niewątpliwie posiada subiektywny wydźwięk.

Każdy człowiek, niezależnie od płci, pochodzenia, wykształcenia czy majętności posiada jakiekolwiek, chociażby najmniejsze preferencje muzyczne. Jedni lubują się w mocnych, elektrycznych rytmach, inni cenią spokojne brzmienie a jeszcze inni oczekują od muzyki urzekającego przekazu. Jednak skąd bierze się tak zwany „gust muzyczny” i czymże on jest? Jasne, wiem „o gustach się nie dyskutuje”, dlatego też chciałbym skupić się na jego istocie, na tym co wpływa na indywidualne postrzeganie muzyki, w jaki sposób wyrabiamy sobie zdanie na temat tego czego słuchamy i czym to dla nas jest.

Istnieje pewna teoria mówiąca o tym, że pierwsze dźwięki dobiegają do nas jeszcze przed naszym przyjściem na świat a dokładniej kilka miesięcy przed narodzeniem. Nie wiem ile jest w tym prawdy i czy faktycznie przez „brzuch mamy” coś słychać, ale ja osobiście jestem zwolennikiem tej teorii. To tak samo jak z rozmawianiem czy puszczaniem muzyki roślinom. Ponoć gdy mówimy do nich, czy raczymy muzyką - one odwdzięczają nam się dorodniejszymi owocami. Wracając do tematu – nasz gust zaczyna kształtować się już w czasie naszego dzieciństwa a największy wpływ na jego wczesną formę mają oczywiście rodzice i najbliżsi, na których już wykształcone gusta jesteśmy najzwyczajniej skazani. W pierwszych latach naszego życia musimy słuchać tego czego słucha np. nasza mama  - skutkuje to tym, że albo w przyszłości pokochamy te nagrania albo je znienawidzimy. Ja po prostu mam sentyment do kawałków które serwowała mi DJ mama, choć nie były to jakieś wyszukane numery. No dobra, jako małe szkraby nie myślimy o tym, że są inne gatunki muzyczne albo, że coś jest słabe czy dobre, z dwóch oczywistych powodów – po pierwsze - nie mamy jako takiego odniesienia a po drugie – po prostu nas to nie obchodzi – i słusznie! Gdy byłem mały to ważniejsze było ratowanie świata a jedyna muzyka jaka mi towarzyszyła to ta ośmiobitowa generowana przez gry TV.

Mamy powiedzmy 11 lat. Z pierwszej fazy naszego dzieciństwa pamiętamy Super Mario Bros i szlagiery typu „Coco Jambo” (myślę, że moje pokolenie tak bynajmniej ma). Pojawiają się szkolne znajomości, świadome znajomości. Nasza świadomość ogólnie zalicza progres i zaczynamy słuchać muzyki, w opozycji do zwyczajnego „słyszenia muzyki”, które to obchodzi się bez echa. Gdy tylko uwolniliśmy się z pod jarzma rytmów narzucanych nam przez rodziców, wpadamy w sidła naszych pierwszych kolegów i koleżanek. To okres gdy najbardziej jesteśmy podatni wszelkim modom, trendom i towarzystwu. Słuchamy takiej muzyki, jakiej słuchają nasi kumple, bo jest „kul”. Ja miałem na tyle pecha, że moja świadomość muzyczna musiała dojrzewać podczas gdy największe sukcesy święciła Britney Spears czy Ricky Martin. Miałem też to szczęście, że starszy brat mojego kumpla namiętnie katował pierwszy album K44, który mimo, że nie był stricte rapowym albumem, to dał jakąś alternatywę. Także w moim wypadku niewątpliwie klasyczny czynnik „starszego kolegi z sąsiedztwa” odegrał istotną rolę na drodze kształtowania upodobań muzycznych.

Dalej. Mamy tak około lat 16. Jesteśmy pełnoprawnymi nastolatkami i szargają nami skrajne emocje, słowo „bunt” to nasze hasło, którego się trzymamy niczym menel piersiówki. Jest to czas gdy jako taki pogląd muzyczny mamy wyrobiony, a przynajmniej tak tan się wydaje. To czas gdy większość z nas identyfikuje się z jakąś subkulturą a muzykę która symbolizuje wybraną subkulturę traktujemy jak religię i hymn życia. Znam to z autopsji; szerokie spodnie, mega bluzy, koszulki i ogólne „nie” dla wszystkiego co nie jest rapowane. Tutaj też byłem poddawany ciężkim próbom, ponieważ był to piękny okres dla nieformalnego nurtu jakim było niesławne „hip-hopolo”. Wciąż mają na nas wpływ nasi rówieśnicy, jednak liczymy się ze zdaniem jedynie tych, którzy słuchają „dobrej muzy”, czyli takiej jakiej my słuchamy. Namiastka pewnych preferencji muzycznych już jest, jednak nasze horyzonty są dość ograniczone. Jak już mówiłem, jesteśmy buntownikami i słuchamy muzyki, która mieści się w pewnej konwencji, nie interesują nas gatunki pokrewne, nawet jeżeli bez takowych nasza ukochana muzyka nie miałaby prawa bytu. Reasumując, to czego słuchamy czy słuchaliśmy do tej pory jest jedynie sumą tego co było nam podsuwane przez rodziców i znajomych ze szkolnej ławki. Ile w tym jest naszego osobistego poczucia estetyki? Ciężko powiedzieć, to chyba indywidualna sprawa i u każdego to inaczej wygląda.

OK. Mamy 21 lat, jesteśmy dorośli dla świata. Czy jesteśmy na tyle dojrzali by móc się uderzyć w pierś i powiedzieć dumnie: „tak, ja cenię taką i taką muzykę, na pewno i zawsze!” Myślę, że nie. Jest to taki czas gdy nie podlegamy na tyle innym by dać sobie cokolwiek wciskać, a jednocześnie potrafimy być na tyle poważni by nie zamykać się na jeden gatunek. To okres gdy jesteśmy nieco bardziej otwarci, mamy już poczucie, że słuchamy jakieś konkretnej muzyki. Mamy wyrobione zdanie na temat tejże muzyki, odniesienie, wiemy w jakiej konwencji najlepiej się czujemy - mamy swój „guścik”. Uważam, że mimo wszystko za wcześnie by mówić, że posiadamy wyrobiony, wyszlifowany gust muzyczny. Gustu „uczymy” się tak naprawdę całe życie.


Dobrze, więc wychodzi na to, że swoje pierwsze kroki; zanim staniemy się „wybornymi słuchaczami”, stawiamy z pomocą rodziców i znajomych, dopiero później „my” mamy na to jakikolwiek wpływ. Czy faktycznie możemy jeszcze jakoś wpłynąć na kreowanie swojego gustu? Tak, choć nie zawsze! Często jest tak, że mało nas obchodzi to czego słuchamy bo słuchamy „wszystkiego”. To „syndrom radiowy”, choć może bardziej syndrom „The Best Of” – czyli mamy numery które lubimy a są one zlepkiem muzyki różnej. „Syndrom radiowy” różni się tym, że pokochamy każdą piosenkę, wystarczy, że usłyszymy ją 100 razy w ciągu dnia.

Jak widać istnieje wiele czynników wpływających na to jakiej muzyki słuchamy i jak ją odbieramy, to w jaki sposób wypracujemy sobie swój styl zależy wyłącznie od nas i jest to - jak już wcześniej pisałem - kwestia indywidualna. W dążeniu do odnalezienia własnego muzycznego „ja”, istotne jest to by nie dać się zwariować i słuchać muzyki a nie gatunków. Nikt z nas nie żyje w hermetycznym świecie i zawsze ktoś będzie miał wpływ na nasz gust, jednak czy ten wpływ będzie miał wydźwięk pozytywny czy negatywny; zależy już wyłącznie od nas i być może to właśnie umiejętność przebierania w muzyce i zdolność dokonywania decyzji słusznych jest właśnie czymś co popularnie nazywa się gustem muzycznym a sam gust nie jest cechą stałą lecz skazaną na ewolucję; stąd tak ciężko sprecyzować jego jednoznaczną definicję.

sobota, 17 lipca 2010

Wolę być frajerem

Pokaż mi swoją kolekcję płyt a powiem Ci jakim człowiekiem jesteś” – to sentencja, którą traktuję bardzo poważnie. Jestem płytowym zbieraczem, kolekcjonuję zarówno cyfrowe jak i analogowe nośniki muzyczne. Jak dziś w dobie Internetu traktowany jest przeciętny kolekcjoner muzyki? Kolekcjoner czegoś co można przecież mieć za darmo? No właśnie, kupowanie płyt ciągle traktowane jest jako frajerstwo. Sam – na własnej skórze – wielokrotnie doświadczyłem różnych szyderstw, gdy bez ogródek, w towarzystwie rzuciłem hasło: „no a ja to zbieram płyty”. Duże oczy i „łał” z wyraźnym akcentem na „ale głupek”.

Przyznam, że sam długo wychodziłem z takiego założenia, że „aa szkoda pieniędzy”, „aaa mam Internet” i swojego czasu miałem na dysku pokaźną kolekcję „empetrójek”. Dziś słuchanie wyrwanych z kontekstu numerów nie sprawia mi najmniejszej przyjemności. Nie potrafię się wczuć w album, który mam jedynie w formie cyfrowej, którego nie mogę dotknąć, postawić na półce. Nie wiem, być może związane jest to z tym, że z pozoru błaha czynność jaką jest słuchanie muzyki; dla mnie jest czymś ważnym. Oczywiście nie zawsze, bo różne są sytuacje i różne płyty, jednak nie ma dla mnie większej przyjemności niż wieczorne ułożenie się w fotelu z ulubionym napojem i oddanie się dźwiękom; to takie moje małe sacrum – swojego rodzaju rytuał. Przyjemność której nie daje losowe ułożenie plików muzycznych na playliście w Winamp’ie – co oczywiście jest profanacją!

Nie chcę nikogo ganić, nikt mnie do tego nie upoważnił, jednak uważam, że z szacunku dla artysty któremu kibicujemy, powinniśmy płacić za jego muzykę; w innym przypadku najzwyczajniej w świecie go okradamy. Poza tym 35zł (bo tyle średnio kosztuje album) wydane od czasu do czasu jakoś specjalnie nie uszczupli naszego budżetu, przecież (jakby nie patrzeć) to równowartość dobrej flaszki z tą różnicą, że flachę spijemy a płyta i satysfakcja pozostanie. Mówiąc poważnie – przestańmy traktować muzykę jako „dobro luksusowe” i sprawiajmy swojej duszy i sercu raz na jakiś czas frajdę – kupując – właśnie płyty.

Owszem są ludzie, którzy słuchają „wszystkiego” – im wystarczy to co serwują stacje muzyczne, jednak ja swój protest kieruję do osób nieco bardziej wymagających, o wyrobionym guście muzycznym, świadomych tego czego słuchają. Kupowanie czegoś co można teoretycznie mieć za darmo to może i frajerstwo, jednak okradanie twórców z ich muzyki to już kurewstwo.

Mało który numer tak dobrze pointuje temat:

czwartek, 16 lipca 2009

Hip Hop Lives!

Joł joł. Mam wakacje. To piękny okres w życiu każdego człowieka. Czas ogarnięcia pewnych rzeczy które od dawna gdzieś tam zalegają. W moim wypadku lista takich spraw jest niezwykle rozległa, nie wiem czy uda mi się ją „rozpykać” w ciągu tych 3ch miesięcy wakacji, jednak liczę iż kilka najważniejszych „misji” zostanie wypełnionych. Jednym z celów które sobie postawiłem na te wakacje, to tzw. „nadrobienie zaległości z hip-hop’u”. Jestem ’89 i nie trudno się domyśleć, że „oldskul” to pojęcie względne i dla mnie znaczy co innego iż dla kolesia z pokolenia chociażby KRS-One’a. W sumie nie przez przypadek przytaczam ksywkę tego pana, no ale o tym później.

Pewnego dnia zawitałem do znajomego kolegi Artura aka DJ Ace aka iNieJestSmutno. Jak zwykle gadaliśmy o rapie, woskach gołębiach i ludziach. Tak; nasze rozmowy to zazwyczaj grubsze rozkminy. No ale do sedna. Otóż pan Artur w pewnym momencie sięgnął po magiczny karton w którym znajdowały się różne płyty, kasety itp. Wyciągnął kilka płyt, rzucając proste „musisz to obejrzeć”; pomyślałem „spoko”. Tytuły niektórych filmów przewijały mi się już kilka razy w różnych klasycznych numerach rapowych. Oto kilka z nich: „Style Wars”, „Freshest Kids”, „Krush Groove”, „Rythe & Reason”, „Freestyle: Art Of Rythme”, “HipHop Legends”, “Deep Crates 2”, “DMC 2002”, “Buil To Scratch”, “Scratch: The Way I Live”, “Beat Street” I w końcu znany wszystkim dobrze “Wild Style”. Wcześniej widziałem jedynie “Scratch”; jednak dopiero te filmy wywarły na mnie tak niesamowite wrażenie iż uświadomiłem sobie jak mało wiem o pięknej kulturze jaką jest “Hip-Hop”.

Przyznam się, że nie wiedziałem co oznacza data 12.11.1973 (tych, którzy ciągle nie wiedzą odsyłam do filmu „Hip-Hop Legends”). Wiadomo, wiem czym jest Bronx dla hiphop’u, kto to DJ Kool Herc czy Africa Bombaataa; jednak nie zdawałem sobie sprawy jak dużo wnieśli oni do kultury 4 elementów. Zupełnie inaczej patrzę na Hip-Hop, choć myślałem, że mam już wyrobione o nim zdanie. Zacząłem dostrzegać ponadczasowość i siłę tego zjawiska jeszcze bardziej niż wcześniej.

Hip-Hop powstał by nieść radość, uśmiech, szerzyć pokój, wolność, równość i braterstwo. To kultura oparta na współzawodnictwie, dająca pozytywnego kopa energii i motywację do działań. I nie ważne czy ktoś jest czarny czy biały, czy rapuje, maluje tańczy, czy siedzi za deckami. Zawsze nieodłącznym elementem hh było współzawodnictwo. W pewnym pierwotne wartości niesione przez tę kulturę zostały zepchnięte gdzieś na bok. Jak zwykle wszystko rozbiło się o pieniądze. Wielkie koncerny (przede wszystkim) muzyczne widziały w rapie możliwość zysku i kiedy to wszystko nagle stało się modne to każdy słuchał rapu, tańczył, malował czy robił bity. „Jesteśmy tu od zawsze, tylko kochają nas bardziej / Za co? Za Hip-Hop. Czemu? Bo modny” – Jak nawijał O.S.T.R. Media przedstawiły hip-hop w zupełnie innych barwach; przez co do dziś jest on kojarzony z gangami, złotem, drogimi zegarkami, autami, alkoholem, narkotykami czy plastikowymi paniami tańczącymi nie wiadomo co. Generalnie zło w najgorszym wydaniu, prosta muzyka dla prostaków. Niestety pewne stereotypy się utarły, widzę to patrząc chociażby po swoich znajomych (tych nie rapowych, choć i niektórzy rapowi mają błędne pojęcie o hiphop’ie). Nie raz słyszę docinki na temat rapu czy graffiti. Obecnie przestało mnie to interesować, kiedyś wczuwałem się, chciałem wszystkich nawracać. Dziś – olewam to; choć przyznam, że czasami mam ochotę strzelić w ryj jednemu czy drugiemu za głupawą gatkę.

Hip-Hop był wszędzie, od gazet, głupawych reklam jakiś soczków czy zabawek aż po kampanie polityczne. Media jak pijawki, wyssały to co mogły wyssać. Zresztą tak jest zawsze. Cała ta komercjalizacja miała swój kulminacyjny punkt w roku 2006 (moim zdaniem) kiedy to Nas nagrał numer „Hip-Hop Is Dead”, zobrazowany niezwykle ciekawym klipem. Prawdziwy hip hop umarł, ale tylko na chwilę by odrodzić się w miejscu w którym to wszystko się zaczęło - w podziemiu.

Hmm a może prawdziwy hip-hop niegdy nie wyszedł z podziemia? Różnie można na to patrzeć, no ale to taka mała dygresja. Uważam iż obecnie hh zatoczył pełne koło i znów żyje swoim rytmem właśnie w podziemiu.

Cieszy mnie to niezmiernie, ponieważ odpadła masa przypadkowych ludzi a zostały osoby które to naprawdę kochają. No ale skupmy się na muzyce, bo to ten element najdotkliwiej został dotknięty przez zjawisko komercji. Dziś w podziemiu wychodzi wiele wyśmienitych albumów; jakby nie patrzeć na chwilę obecną większość dobrych płyt wywodzi się właśnie z underground’u. To jest piękne kiedy dany producent, DJ czy raper może bez skrępowania robić muzykę jaka mu się podoba; nie oglądając się na innych może tworzyć to co dyktuje mu serce. Z całego tego boom’u hiphop wyszedł nieco dojrzalszy. Dojrzalsi o pewne doświadczenia są również ludzie którzy go tworzą. To słychać. Życzę tej kulturze aby na zawsze pozostała w podziemiu, bo tam jest jej miejsce. Rap (chociażby) to muzyka od ludzi dla ludzi. Wszelkie pośrednictwo jest tutaj zbędne. Dobrze, że hh zszedł z tabloidów, przynajmniej nie trące nerwów widząc ludzi których szanuje obok jakiegoś Feel’a czy Dody. Kolejnym dowodem na to iż jest coraz lepiej, jest wracająca popularność płyt winylowych, które nieodzownie kojarzą się z czarną muzyką. Będzie tylko lepiej.

Respekt jak przeczytałeś/przeczytałaś całość : ). Przepraszam za mój chaotyczny styl oraz grafomanię, napisałem to pod wpływem chwili. 5!

PS. Tutaj wideo wspomnianego wcześniej KRS-One – „Hip-Hop Lives” (ft. Marley Marl). Jest to numer z 2007 roku, czyli powstały w rok po opisanym wyżej numerze Nas’a. Jeżeli taki ktoś jak KRS-One uważa, że Hip-Hop żyje, to musi coś w tym być! : )